wtorek, 27 września 2011

Because...

Hej bracia chemiczni!Ale dawno nie pisałam...Przepraszam.Wybaczycie?Mam nadzieję. ; ) No więc zacznę od wytłumaczenia powodu mojej nieobecności.No nauka przede wszystkim.To już gim i żartów nie ma.Ale poprawię się..!Obiecuję a jak nie to na widły mnie!<znajdźcie i na widły..!>No i tak słucham Na Na Na i myslę:'Kurde,zapomniałam o blogu poświęconym MCR..!Wpadłam w chwilowy szał i dopadłam się do myszki...Biedne komputerowe zwierzątko..; )Nio.To co unich?He oni nie zapominają o nas!My Chem dali ostatnio mnóstwo koncertów.A no i wpadłam na pomyśł.Napiszę petycję do zespołu ,żeby przestali palić,bo palenie szkodzi zdrowi i skraca życie o połowę..!A my chcemy jeszcze Gerarda i piosenek,no bo czego będziemy słuchać Biebera?To ja się wolę powiesić,potem rzucić w przepaść.pociąć żyletką a na końcu rzucić pod samochód... ; )A powyżej fotka MCR i Green Day'a-czyli dwie fantastyczne kapele punkowo-rockowe ; )

środa, 14 września 2011

No wiem,wiem nie napisałam o 11 września.Więc dopiszę teraz.A więc 11 września 2001 roku miał miejsce zamach terrorystyczny w Nowym Jorku.Minęło już 10 lat.Fani wiedzą,że to dlatego powstało MCR.Gerard Way chciał 'złożyć hołd' ofiarom katastrofy...Biedni ludzie.Poszli do pracy i nawet z niej nie wrócili...No tak szczerze,to gdyby nie to ,że setki ludzi umarło to My Chemical Roamnce może i by nie powstało,bo przecież nie mieli by powodu ,żeby napisać pierwszą piosenkę.(...)Tak bywa....

Firma Epiphone już niedługo wypuści na rynek nową linię gitar sygnowaną nazwiskiem Franka Iero! Gitarę możecie zobaczyć pod tym linkiem.Gratulujemy Franuli ; )

niedziela, 11 września 2011

Dostawa w Galerii ; )

Informuję Was iż dostarczyłam do galerii nowe zdjęcia dużo to ich nie jest,ale raz kozie śmierć...Napisałam.Więc po co to jeszcze czytasz?! Biegiem do galerii..A no ok.Temat nr.2.Dodałam kolejne części Freradowego opowiadania.Czytajcie..!Liczę na Wasze komentarze..! ; )Pzdr.Wasza Quiet Death !<P.S-Miłego słuchania musicii ; )>Łoj,matko..!Słuchajcie Dalej Dobrej Muzyki Pzdr..!

sobota, 10 września 2011

So Long And...Goodnight..

Dzisiaj postanowiłam zasilić bloga w zdjęcia.Na początek z teledysku 'Helena'.
Oto i one : 






 

Stary Wywiad Z Gerardem.

My Chemical Roamnce to rysunkowy rodzaj zespołu, który pasuje jego frontmenowi, Gerardowi Wayowi. Odkąd zespół – włączając w niego Raya Toro, Franka Iero i młodszego brata pana Waya, Mikey’ego – zaczął istnieć w 2001 roku, rozwinął estetykę glam-emo, która rozkręciła się z mrocznie ilustrowanego komiksu. Nowy album, „Danger Days: The True Lives of the Fabulous Killjoys” jest pełna piosenek-hymnów, które będzie można śpiewać w postapokaliptycznej przyszłości. Gerard Way (33 l.) narysował komiks „Umbrella Academy” wydrukowany ze wydawnictwa Dark Horse o rodzinie nietypowych superbohaterów. Melena Ryzik rozmawiała z Gerardem Wayem przez telefon w czasie postoju zespołu w Detroit o jego ulubionym albumie „Treats” zespołu Sleigh Bells i jaki wpływ miał na Waya Brit pop w czasie, gdy dorastał w New Jersey. „ Wtedy wszystko w Ameryce było takie męskie”, powiedział Gerard. „W tamtym okresie wszystko co brytyjskie było tego zupełnym przeciwieństwem. Zacząłem słuchać Smiths i wtedy wszystko się we mnie zmieniło.”

M.R: Czego słuchasz na trasie?
G.W: Tak naprawdę nie słucham niczego. Kiedy nagrywamy, niczego nie słucham.
M.R: Więc twoi kumple z zespołu trzymają pieczę nad iPodem. Macie podobne gusta, jeśli chodzi o muzykę?
G.W: Każdy z nas słucha czego innego. Gust mój i Mike’a jest podobny, obaj dorastaliśmy na Iron Maiden, później na punku a na samym końcu na Brit popie. Frank słucha pełno nowej muzyki, multum trudnych w odbiorze zespołów, a Ray za to słucha rzeczy pochodzących z Puerto Rico i klasycznej muzyki. To dzięki Robowi Cavallo poznałem płytkę Treats. Miał ich demówkę, wiedział, że szukam czegoś w tym stylu. Powiedział „Nie wydaje mi się, żebyś szukał dokładnie czegoś takiego, ale to coś nowego i powinieneś tego przesłuchać.”. To był jedyny album, którego słuchałem nagrywając Danger Days, poza M.I.Ą.
M.R: Co myślisz o kontrowersjach, jakie wywołał jej teledysk Born Free?
G.W: Tylko raz widziałem ten teledysk, ale piosenki słuchałem chyba milion razy. Lubię sposób w jaki M.I.A wzoruje się na zespołach pokroju Suicide. Lubię to, bo jest to trudne do słuchania, forma jest bardzo luźna, a refren występuje często. Tak to rozpoznaję. Nie sądzę, żeby ona śpiewała o swojej przeszłości, dorastaniu czy polityce, to brzmi raczej jakby śpiewała o tym, co przeżywa teraz. Po jej ostatnim albumie porobiło się wokół M.I.I wiele szumu, to było jakby chcieli z niej zrobić kolejną gwiazdę popu i jej odpowiedzią na to było właśnie Born Free.
M.R: Rysowałeś komiksy jak byłeś dzieciakiem?
G.W: Czytałem je i rysowałem. Pisałem krótkie historie. Stworzyłem „Umbrella Academy”, bo stęskniłem się za komiksami. Skończyłem School of Visual Arts na kierunku rysunkunku i ilustracji. Myślałem, że właśnie tak skończę, rysując komiksy, i nagle stworzyliśmy zespół. Kocham to, to praca marzeń, praca, o której marzy wiele osób. Nie mogłem tego olać, ale po wielu latach miałem wrażenie, że brakuje mi samego siebie. Dopóki na światło dziennie nie wyszło Danger Days, nie mogłem stworzyć albumu, do którego nie wciskałbym samego siebie. Próbowałem odtworzyć to, z czym kiedyś się identyfikowałem.
M.R: W muzyce którą lubisz – na przykład w Diamonds Dog Davida Bowie – jest pełno postaci, które posiadają alter ego i ukrytych tożsamości. To część bycia gwiazdą rocka?
G.W: Na bieżąco ktoś tworzy coś w tym rodzaju. Płyta „Black Parade” też była czymś takim, nawet facet, który był na scienie w czasach Bullets ją miał, zawsze, nawet gdy tego nie chciałem, ukrywałem samego siebie. Uciekałem od tego faceta, którym byłem, tworząc wokół siebie postać superbohatera. Gościem, którym naprawdę byłem, był ktoś kto lubił pisać i rysować komiksy.
M.R: The Filth, komiks, który lubisz, jest o bezrobotnym gościu, który żyje z chorym kotem, który staje się zdziecinniałym superbohaterem.
G.W: Jeśli czytasz to w ten sposób, że facet jest smutny, bo jego kot zdycha na raka, to ma sens. Wiele rzeczy z tego komiksu przeniosłem do Danger Days, pojęcie brudu i sprzątania.
M.R: Z powodu brudu też lubisz Mechaniczną Pomarańczę?
G.W: Jako nastolatek, kiedy pierwszy raz odkrywasz muzykę punkową, pierwszym filmem, który odrywasz jest również Mechaniczna Pomarańcza. To był tak naprawdę pierwszy film, który oglądałem i który nie miał wśród postaci bohatera. Nie było w nim w ogóle kogoś, kogo dałoby się lubić. Nigdy wcześniej nie oglądałem takiego filmu. A jedną z wielu rzeczy, które polubiłem w komiksach, jest ich język. Wiele terminów i słów w Danger Days tak naprawdę w ogóle nie istnieje; chciałem poczuć to tak samo jak wtedy, gdy czytałem Mechaniczną Pomarańczę.
M.R: Więc czytałeś książkę?
G.W: Miałem audio booka. To dziwna książka, tak samo jak Nagi Lunch, do której się przymierzam. Nigdy nie skończyłem czytać Nagiego Lunchu. Ale to bardzo inspirująca książka. Czytasz dziesięć czy dwadzieścia stron, masz dosyć, rzucasz ją w kąt, a potem i tak do niej wracasz.
M.R: Twoja estetyka jest bardzo teatralna, myślałeś kiedyś o tym, żeby gdzieś zagrać?
G.W: Miałem taki głupkowaty pomysł w L.A, żeby odtworzyć dwa odcinki Twilight Zone raz na tydzień. Chciałem wynająć mały teatr, który pomalowałbym na czarno i myślałem o tym, żeby dać wakat jakimś naprawdę dobrym aktorom. Byłoby zabawnie wciągnąć w to Bruce’a Willisa, żeby zrobić „Steel” (Jeden z odcinków Twilight Zone). Mógłbym to zrobić. Uwielbiam oglądać Twilight Zone. W sylwestra robią maraton, oglądam go co rok.
M.R: Tak Sylwestra spędza gwiazda rocka?
G.W: To moje alter ego w pełnej krasie.



To na tyle. ; )

Spóźnione..Życzenia Dla Mikey'ego..!

Wczoraj był 10 września.A fani My Chemical Romance dobrze znają tę datę..!
Tak,to wczoraj swoje 31 urodziny obchodził basista zespołu Mikey Way.
Życzymy Mikey'emu dalszych sukcesów w karierze i wszystkiego co najlepsze..!
Happy Brith Mike !

piątek, 9 września 2011

Gerard Way o urodzinach frontmana Queen'u :)


Dzisiaj urodziny obchodziłby wokalista zespołu Queen, Freddie Mercury. Tu możecie obejrzeć jak Gerard Way wypowiada się o Mercurym...Filmik powyżej.Miłego oglądania ;)

niedziela, 4 września 2011

Udało się ! + Koncert

                   No więc udało mi się dopaść do komputera przed wyjściem do szkoły..!
                     <teraz leci muzyczka w stylu Queen'u-We Are The Champions ;D>. 
      Życzcie powodzenie.To mój drugi dzień w gimnazjum...Ale nie o mnie ten blog...Więc... 
   Wczorajszy koncert w Salt Lake City odbył się bez komplikacji – na perkusji zasiadł Jarrod   Alexander, dawny perkusista Death for Stereo, obecnie jeździ w tournee z innymi zespołami.   Alexander ma grać na bębnach w My Chem tylko do końca trasy Honda Civic Tour.
                               No dobra jeszcze jedna notka i lecę -.-

Uprzedenie..

Z powodu braku czasu <szkoła,hue hue> będę mniej pisała na blogu.Naprawdę stram się jak mogę,ale to nie ode mnie zależy ; \ Wybaczcie po raz kolejny drodzy bracia Chemiczni ..!
                                                                     Bye ; )

Świeżo znaleziona animacja...

No więc szperając w necie natknęłam się na świetne animacje z MCR.Niestety iż mój net tak przymula,że dodam tylko parę. -.- Wybaczcie !!!!!!!
Gerardzina i to spojrzenie... ^^

sobota, 3 września 2011

'Quiet Death-Miło Mi ! ' + Perkusista

2 Wiadomości.Pierwsza-My Chemical Romance naprawdę ma pecha do perkusistów – na głównej stronie zespołu Frank wydał oświadczenie, o tym, że Michael Pedicone zakończył współpracę z zespołem z powodu kradzieży, jakiej się dopuścił. Pedciconeowi w takim razie już dziękujemy, zastanawiamy się tylko, kto przejmie pałeczki na nadchodzące koncerty trasy Honda Civic Tour?
No i po drugie:Gdyby ktoś nie wiedział moje Kilijoysowe imię to Quiet Death. :)

piątek, 2 września 2011

2 Część :) Op.Frerardowe :P





                                                 Opowiadanie.Część 2 :

Kiedy odchodzi Twój idol czujesz pustkę w sercu i cierpisz.Ta muzyka dawała Ci siłę do życia.Pozostaje Ci tylko muzyka i pamięć,jaki był wspaniały.Podobnie jest wtedy,kiedy,ktos kogo podziwiasz zakańcza karierę…Tak było i w tym przypadku.Wierni fani zespołu My Chemical Romance twierdzili,że już nie posłuchają ukochanej kapeli w dawnym składzie.Jednak ta czwórka chłopaków z New Jersey nie potrafi żyć bez siebie.Oni kochają muzykę.To przez nią wyrażają siebie.To w końcu wieczne dzieciaki.Za to fani ich kochają.Takie pozytywne świry...
Wszystko zaczęło się w pochmurny wieczór na ulicach New Jersey.Gerard Way szedł wolnym krokiem trzymając w ustach jedną z najbardziej znanych nam użyek.Miał dziwne uczucie,jakby wszyscy otaczający go ludzie patrzyli na niego z rezerwą.Czuł się jak przed laty,kiedy wieksza część społeczeństwa uważała go za wariata,tylko dlatego,że wierzy w nadprzyrodzone zdolności… Od zawsze mówił,że trzeba być  sobą.Ale w takich chwilach tego żałował.Czubkiem conversa kopnął ,leżący na chodniku kamyk.Zszedł na ulicę,mając nadzieję,że jakiś wariat nie zdąrzy zahamować i uderzy w niego.Nie,on nie miał myśli samobójczych.To była tylko nadzieja.Nie miał odwagi by samemu odebrać  sobie  życie…Wolał by ktoś zrobił to za niego.W pewnym momencie stanął na środku ulicy.Sam nie wiedział dlaczego.Usłyszał dźwięk nadjeżdżającego auta.Ani myślał się ruszyć.Odwrócił się by zobaczyć markę samochodu.Nie mógł go nie rozpoznać.Był to samochód znienawidzonego przez Gerarda brata Mikey’ego.Ale on nie wierzył,że to przypadek.Może to właśnie jego brat miał odpowiadać za śmierć brata.Tego nikt nie wiedział.Istniały tylko domysły…Auto zatrzymało się z piskiem opon.Gerard stał ciągle w tym samym miejscu.Wyglądał na osłupialego widokiem brata.Żadnej reakcji ze strony Mike’a.Zachowywał się jakby zależało mu na tym by Gerard odsunął się na bok i dał mu swobodnie przejechać.Machnął ognisto czerwonymi włosami uniósł brwi.Otworzył szerzej głębokie,piwne oczy.Zadarł nos do góry,po czym wysunął rękę z kieszeni.Wyciągnął środkowy palec i odsunął się na chodnik,pokazując ,że lekceważy brata i daje mu wolną drogę.Kiedy samochód odjeżdżał zgasił papierosa,zgniatając go w dłoni i rzucił nim w stronę samochodu.Uśmiechnął się i ruszył dalej.Przechodził przez kolejną ulicę,kiedy usłyszał znajomy głos.Dochodził on z baru koło,którego Gerard przechodził.Spojrzał przez zamazaną szybę,by sprawdzić kto to może być.Nic nie zobaczył…Musiał wejść do środka.Otworzył drzwi,które lekko skrzypnęły.Nie wiedział co za nimi znajdzie,ale ciekawość była w tym momencie ważniejsza niż rozum.Za malutkim barem była niewielka scena.Całe wnętrze było podniszczone.O dziwo na scenie nikogo nie było.To niby skąd te głosy?Usiadł przy jednym z najbliższych stolików.Założył nogi na stół i wypatrywał przyjścia kogokolwiek na scenę.Chwilę później zza baru wyłoniła się czarnowłosa postać.Miała dość dużo tatuaży na rękach.Czarny przeważał w jej stroju.W pierwszym momencie Gerard nie mógł uwierzyć własnym oczom.To był on.Frank Iero.Jego dawny przyjaciel.Frank od razu rozpoznał Gerarda.Kiedy tylko wszedł na scenę spojrzał w jego stronę.Zaparło mu dech na jego widok.Frank zagrał parę utworów na gitarze.Zaśpiewał parę piosenek i wyszedł z baru.Mijając Gerarda spojrzał ze smutkiem w jego stronę.Widocznie już wcześniej miał nadzieję,że się spotkają.Kiedy tylko Frank opuścił lokal, wyszedł za nim.O dziwo na zewnątrz nikogo nie było.Pomyślał,że mógł podejść do niego.Przecież miał okazje.I…Zmarnował ją.Bądź co bądź przynajmniej go zobaczył.Postanowił wrócić do domu.Wszystko przemyśleć.Spotkanie po pięciu miesiącach rozłąki Franka i Mike’yego w jednym dniu to dla niego za dużo.Za dużo jak na jeden dzień.Potrzebował czasu.Szedł koło sklepu z komiksami.Chciał wstąpić,ale zrezygnował.Bał się,że i tam zdarzy się coś czego się nie spodziewa. Ponownie szedł środkiem ulicy.Doszedł do wniosku,że może tym razem się uda…Znów usłyszał dźwięk nadjeżdżającego auta.Miał de za vi .Ale tym razem nie mógł być to Mike.Kierowca jechał czerwoną Corvettą.Taki samochód od zawsze był marzeniem Gerarda.Jechał dość szybko.Nie usłyszał pisku opon,więc miał pewność,że samochód się nie zatrzymał.Reszty nie pamięta.Usłyszał tylko dźwięk karetki.Słyszał jakieś głosy.To musiał być lekarz.Mówił o ciężkim stanie pacjenta.Gerard wiedział,żę to o nim mowa.Obudził się następnego dnia.Leżał w szpitalnym łóżku.Miał na sobie białą,kobiecą piżamę.Uważał ją za bardzo wygodną…Na małym stoliczku obok łóżka leżała bombonierka,jakieś kolorowe pisemko i jego komórka.W wazonie stały czarne róże.Gerard czuł się jak bohater albumu My Chemical Romance.Rzecz jasna mowa o ‘The Black Parade’z 2006 roku.Była w nim mowa o umierającym człowieku,który walczy z chorobą o życie i w końcu odchodzi ze swiata żywych.Co prawda,on nie sądził ,że umiera…A może już umarł i powrócił do żywego świata  w innym wcieleniu?To wyjaśniałoby fakt,bombonierek na stoliku….Gerard próbował się podnieść,ale nic z tego.Po paru chwilach zorientował się,że w drzwiach od szpitalnej Sali stoją Frank i Lisandy.Liz na widok,że Gerard obudził się poczuła się lekko speszona tym ,że patrzy się na niego.Wyjęła z granatowej torby animowany komiks.Frank na jego widok,poczuł,że mówią o Gerrym jak o wiecznym dziecku miał rację.
-Liz?Frank?Co wy tu robicie…???Dlaczego tu leżę?Co si stało?Auuu,moja głowa.-Gerard mówił tak szybko,że Lyn-Z uśmechneła się tylko w odpowiedzi.-Tęskniłem za Tobą.
-To było do mnie czy Liz?-spytał Frank,po czym podszedł do łóżka.Wskazał na bombonierkę.-Nie ruszyłeś?A ja wybierałem.-Spuścil głowę i uśmiechnął się pod nosem.-Od Ciebie?Dzięki.No,ale bombonierka?
-Mieli to albo zapiekankę.No chyba mi nie powiesz,że wolałeś jakąś kanapkę?!
-No,nie kanapek odpada.-Odpowiedział i ponownie uśmiechnął się w stronę Lisandy.
Po wyjaśnieniach w jakich okolicznościach Gerard znalazł się w szpitalu i dlaczego przyszli rozmowa ucichła.Frank,oznajmił,że pójdzie do lekarza zapytać kiedy Gerry będzie mógł się wypisać.Liz została u boku męża.Rozmawali dość długo.Tłumaczyła mu,że zrozumiała sytuację z tym zdjęciem.Że to rzeczywiście nic takiego.I że rozumie,że zależy mu na Franku.W końcu Liz nie zawsze będzie go rozumiała we wszystkich sprawach.A przyjaźń jest ważna w życiu każdego człowieka.
Minęły kolejne dwa miesiące.Gerard jeszcze obolały wrócił ze szpitala.Lisandy wraz z malutką Bandit wróciły do domu.Cieszył się,że ponownie ma obok siebie dwie najważniejsze kobiety swojego życia.Może ta druga to jeszcze nie w zupełności kobieta.W dalszych planach Gerarda leży pozbieranie My Chemical Romance.Leżąc w szpitalu przemyślał dużo spraw.I teraz wie,ze nie może żyć bez muzyki.To ona daje mu siłę do życia…



Cześć pierwsza opowiadania...

                              Moje Frerardowe opwoiadanie:

                                         Część Pierwsza:

Ona basistka,zawsze wierna,kochająca żona i troskliwa matka.On spełniony zawodowo rock owiec,pokreślający na każdym kroku swojej kariery,że najważniejsza jest dla niego muzyka.3 września 2007 roku stanęli na ślubnym kobiercu w Kolorado by przyrzec sobie miłość na zawsze.Stało się to po koncercie jego zespołu…Była to szybka i spontaniczna decyzja.Byli młodzi i głupi.Pozbawieni resztki rozumu.Teraz dorośli do podejmowania tak ważnych decyzji.Może nie mieszkaliby teraz razem,gdyby nie fakt,że są rodzicami niespełna trzyletniej Bandit.Wokół ich związku było wiele sprzecznych opinii.Chyba wiecie o kim mowa?Tak,to on.Trzydziestoczteroletni lider zespołu My Chemical Romance.Gerard Way,czyli rockam kochany przez tysiące młodych dziewcząt na całym świecie.Kiedyś tekściarz,śpiewający o mrocznych stronach człowieka i cywilizacji.Dziś kochający ojciec.Ale niekoniecznie mąż…Może przejdźmy do rzeczy…Gerard ma o trzy lata młodszego brata.Mikey już w dzieciństwie był skryty.Małomówny za to utalentowany.W przeciwieństwie do Franka nigdy nie był świrem…W pozytywnym tego sensie znaczeniu…Zawsze twierdził,że zostaje w cieniu talentu brata.Nikt by nie pomyślał,że Mike będzie w stanie zrobić coś tak strasznego rodzonemu bratu.Krótko mówiąc.Fani zawsze kochali cały zespół.Mikey wiedział,że ma tłum wiernych fanów,którzy  na koncertach tylko czeka aż wejdzie na scenę.Lecz to nie do końca mu wystarczało…Chłopaki z zespołu właśnie przygotowywali się do kolejnego koncertu.Gerard przypalał ukochane malboro czerwone na schodach sceny.Frank regenerował siły,popijając czarną z mlekiem.Ray jak zawsze musiał mieć wszystko zapięte na ostatni guzik.Więc kończył nastrajać gitarę…Na widowni zaczęły pojawiać się wierne fanki.Co prawda do koncertu została jeszcze dobra godzina,ale najwierniejsze dziewczęta chciały podziwiać przygotowania kapeli…Gerard zgasił papierosa i wszedł na scenę.Jak zawsze speszył się na widok młodych dziewcząt wrzeszczących do niego…Podszedł do półżywego (widocznie jedna kawa niewiele zdziałała) Franka.
-Nie widziałeś Mike’a?-spytał,uśmiechając się do niego.
-Rano,kiedy rozmawiał z Lisandy.Był dziwnie wesoły i energiczny.Liz odeszła od niego po paru minutach.Dość szybko.I…-Frank spuścił głowę.-I chyba płakała.
-Płakała?Ale czemu ?Może znowu palnął coś głupiego . Jak to Mikey .-Gerard odgarnął czerwone włosy i znów spojrzał w stronę fanek …
-O ile się nie mylę ,to pokazywał jej jakieś zdjęcie . Pewności nie mam . Gerry, wybacz,ale muszę po jeszcze jedną kawę.Chcę dać czadu na koncercie..!-Frank,udał się w stronę wyjścia.Gerard ruszył w stronę wcześniej odwiedzonych schodów z przekonaniem,że Mikey zaszył się w jakimś barze mlecznym.Ciągle uważał go za dziecko. Mimo iż Mike miał już ponad trzydzieści lat…Z oddali zauważył blond włosą  postać. Zauważył,że to jego brat po ciemnych okularach i czarno-żółtym t-shircie.Gerard podbiegł do blond włosej postaci.Mikey zignorował brata.Szedł powoli lekceważąco patrząc na muzyka.Gerard stał wpatrzony jak Mike oddala się od niego. Czuł,że między nimi było coś co poróżniło ich dotychczasową braterską więź.Podczas koncertu fanki śpiewały z zespołem każdy wers.Gerard poniesiony przez muzykę ciągle patrzał w stronę Frankiego .Ten próbował ignorować spojrzenia z jego strony.W czasie kawałka ‘Welcome To The Black Parade’za Gerardem miał się pojawić obraz umierającego człowieka.Zamiast niego pojawiło się video,na którym byli Gerard i Frank.Był to film nagrany jeszcze na początku kariery zespołu.Gerard nie znał wtedy Lyn-Z…Wideo przedstawiało chłopaków kiedy to Gerard całował Farnkiego w policzek.Publika zamarła.Patrzyła zarówno na wokalistę jak i gitarzystę zespołu z dużą rezerwą.Zapadła cisza.Głucha cisza.Frank spojrzał kątem oka na Gerarda.Ten przysunął mikrofon próbował wydusić z siebie choć jedno słowo.Tłumaczył,że owszem dużo go łączy z Frankiem,ale to tylko przyjaźń.A ten całus był całkowicie niewinny.Wszyscy fani rozeszli się w dalszej ciszy.Frank rzucił gitarę i wybiegł ze sceny.Ray rzucił groźne spojrzenie w stronę Mike’a i pobiegł za nim.Gerard ciągle stał na scenie nie mogąc uwierzyc w to oc zobaczył.Mike poczuł dziwne ukłucie  w sercu.Sądził,że to zakończy karierę brata na zawsze.Ale w głębi serca czuł,że popełnił wielki błąd.Lyn-Z odeszła od rockmana zabierając małą Bandit.Frank rozpoczął solową karierę gitarzysty i grywa teraz w kafejkach i barach.Ray zszokowany całą zaistniałą sytuacją zaszył się gdzieś na obrzeżach San  Francisco.Mike wciąż żałuje popełninego błędu…Czy My Chemical Romance powróci na scenę w tym samym składzie?Liczyny na to,ale pewności nie mamy…




Wywiad z Gerardziną

Dziś zamieszczam link do wywiadu z Gerrym dla Reading i Leeds.Oto i on :Klik

Twórcza wena Chemicznych...


  Panowie z My Chemical Romance poczuli chyba ostatnio twórczą wenę.Otóż odkrył
                 w sobie poetę.Na mały wpis możecie looknąć W tym miejscu :)

Przypominam...Że jestem.

Więc...Na początek przeprosiny.Że tak długo nie pisałam.Wybaczcie!
Ale wraz z moim wielkim przyjściem mam dla Was kolejne części Frerardowego 
opowiadania.Więc biegiem do czytania.Zaczyna się szkoła,więc dużo czasu na bloga nie będę mogła poświęcić.-.-
Mówi się trudno.Ale kiedy tylko znajdę czas podzielę sięz Wami nowinkami ze świata Chemicznych! :)
Quiet Death