piątek, 2 września 2011

2 Część :) Op.Frerardowe :P





                                                 Opowiadanie.Część 2 :

Kiedy odchodzi Twój idol czujesz pustkę w sercu i cierpisz.Ta muzyka dawała Ci siłę do życia.Pozostaje Ci tylko muzyka i pamięć,jaki był wspaniały.Podobnie jest wtedy,kiedy,ktos kogo podziwiasz zakańcza karierę…Tak było i w tym przypadku.Wierni fani zespołu My Chemical Romance twierdzili,że już nie posłuchają ukochanej kapeli w dawnym składzie.Jednak ta czwórka chłopaków z New Jersey nie potrafi żyć bez siebie.Oni kochają muzykę.To przez nią wyrażają siebie.To w końcu wieczne dzieciaki.Za to fani ich kochają.Takie pozytywne świry...
Wszystko zaczęło się w pochmurny wieczór na ulicach New Jersey.Gerard Way szedł wolnym krokiem trzymając w ustach jedną z najbardziej znanych nam użyek.Miał dziwne uczucie,jakby wszyscy otaczający go ludzie patrzyli na niego z rezerwą.Czuł się jak przed laty,kiedy wieksza część społeczeństwa uważała go za wariata,tylko dlatego,że wierzy w nadprzyrodzone zdolności… Od zawsze mówił,że trzeba być  sobą.Ale w takich chwilach tego żałował.Czubkiem conversa kopnął ,leżący na chodniku kamyk.Zszedł na ulicę,mając nadzieję,że jakiś wariat nie zdąrzy zahamować i uderzy w niego.Nie,on nie miał myśli samobójczych.To była tylko nadzieja.Nie miał odwagi by samemu odebrać  sobie  życie…Wolał by ktoś zrobił to za niego.W pewnym momencie stanął na środku ulicy.Sam nie wiedział dlaczego.Usłyszał dźwięk nadjeżdżającego auta.Ani myślał się ruszyć.Odwrócił się by zobaczyć markę samochodu.Nie mógł go nie rozpoznać.Był to samochód znienawidzonego przez Gerarda brata Mikey’ego.Ale on nie wierzył,że to przypadek.Może to właśnie jego brat miał odpowiadać za śmierć brata.Tego nikt nie wiedział.Istniały tylko domysły…Auto zatrzymało się z piskiem opon.Gerard stał ciągle w tym samym miejscu.Wyglądał na osłupialego widokiem brata.Żadnej reakcji ze strony Mike’a.Zachowywał się jakby zależało mu na tym by Gerard odsunął się na bok i dał mu swobodnie przejechać.Machnął ognisto czerwonymi włosami uniósł brwi.Otworzył szerzej głębokie,piwne oczy.Zadarł nos do góry,po czym wysunął rękę z kieszeni.Wyciągnął środkowy palec i odsunął się na chodnik,pokazując ,że lekceważy brata i daje mu wolną drogę.Kiedy samochód odjeżdżał zgasił papierosa,zgniatając go w dłoni i rzucił nim w stronę samochodu.Uśmiechnął się i ruszył dalej.Przechodził przez kolejną ulicę,kiedy usłyszał znajomy głos.Dochodził on z baru koło,którego Gerard przechodził.Spojrzał przez zamazaną szybę,by sprawdzić kto to może być.Nic nie zobaczył…Musiał wejść do środka.Otworzył drzwi,które lekko skrzypnęły.Nie wiedział co za nimi znajdzie,ale ciekawość była w tym momencie ważniejsza niż rozum.Za malutkim barem była niewielka scena.Całe wnętrze było podniszczone.O dziwo na scenie nikogo nie było.To niby skąd te głosy?Usiadł przy jednym z najbliższych stolików.Założył nogi na stół i wypatrywał przyjścia kogokolwiek na scenę.Chwilę później zza baru wyłoniła się czarnowłosa postać.Miała dość dużo tatuaży na rękach.Czarny przeważał w jej stroju.W pierwszym momencie Gerard nie mógł uwierzyć własnym oczom.To był on.Frank Iero.Jego dawny przyjaciel.Frank od razu rozpoznał Gerarda.Kiedy tylko wszedł na scenę spojrzał w jego stronę.Zaparło mu dech na jego widok.Frank zagrał parę utworów na gitarze.Zaśpiewał parę piosenek i wyszedł z baru.Mijając Gerarda spojrzał ze smutkiem w jego stronę.Widocznie już wcześniej miał nadzieję,że się spotkają.Kiedy tylko Frank opuścił lokal, wyszedł za nim.O dziwo na zewnątrz nikogo nie było.Pomyślał,że mógł podejść do niego.Przecież miał okazje.I…Zmarnował ją.Bądź co bądź przynajmniej go zobaczył.Postanowił wrócić do domu.Wszystko przemyśleć.Spotkanie po pięciu miesiącach rozłąki Franka i Mike’yego w jednym dniu to dla niego za dużo.Za dużo jak na jeden dzień.Potrzebował czasu.Szedł koło sklepu z komiksami.Chciał wstąpić,ale zrezygnował.Bał się,że i tam zdarzy się coś czego się nie spodziewa. Ponownie szedł środkiem ulicy.Doszedł do wniosku,że może tym razem się uda…Znów usłyszał dźwięk nadjeżdżającego auta.Miał de za vi .Ale tym razem nie mógł być to Mike.Kierowca jechał czerwoną Corvettą.Taki samochód od zawsze był marzeniem Gerarda.Jechał dość szybko.Nie usłyszał pisku opon,więc miał pewność,że samochód się nie zatrzymał.Reszty nie pamięta.Usłyszał tylko dźwięk karetki.Słyszał jakieś głosy.To musiał być lekarz.Mówił o ciężkim stanie pacjenta.Gerard wiedział,żę to o nim mowa.Obudził się następnego dnia.Leżał w szpitalnym łóżku.Miał na sobie białą,kobiecą piżamę.Uważał ją za bardzo wygodną…Na małym stoliczku obok łóżka leżała bombonierka,jakieś kolorowe pisemko i jego komórka.W wazonie stały czarne róże.Gerard czuł się jak bohater albumu My Chemical Romance.Rzecz jasna mowa o ‘The Black Parade’z 2006 roku.Była w nim mowa o umierającym człowieku,który walczy z chorobą o życie i w końcu odchodzi ze swiata żywych.Co prawda,on nie sądził ,że umiera…A może już umarł i powrócił do żywego świata  w innym wcieleniu?To wyjaśniałoby fakt,bombonierek na stoliku….Gerard próbował się podnieść,ale nic z tego.Po paru chwilach zorientował się,że w drzwiach od szpitalnej Sali stoją Frank i Lisandy.Liz na widok,że Gerard obudził się poczuła się lekko speszona tym ,że patrzy się na niego.Wyjęła z granatowej torby animowany komiks.Frank na jego widok,poczuł,że mówią o Gerrym jak o wiecznym dziecku miał rację.
-Liz?Frank?Co wy tu robicie…???Dlaczego tu leżę?Co si stało?Auuu,moja głowa.-Gerard mówił tak szybko,że Lyn-Z uśmechneła się tylko w odpowiedzi.-Tęskniłem za Tobą.
-To było do mnie czy Liz?-spytał Frank,po czym podszedł do łóżka.Wskazał na bombonierkę.-Nie ruszyłeś?A ja wybierałem.-Spuścil głowę i uśmiechnął się pod nosem.-Od Ciebie?Dzięki.No,ale bombonierka?
-Mieli to albo zapiekankę.No chyba mi nie powiesz,że wolałeś jakąś kanapkę?!
-No,nie kanapek odpada.-Odpowiedział i ponownie uśmiechnął się w stronę Lisandy.
Po wyjaśnieniach w jakich okolicznościach Gerard znalazł się w szpitalu i dlaczego przyszli rozmowa ucichła.Frank,oznajmił,że pójdzie do lekarza zapytać kiedy Gerry będzie mógł się wypisać.Liz została u boku męża.Rozmawali dość długo.Tłumaczyła mu,że zrozumiała sytuację z tym zdjęciem.Że to rzeczywiście nic takiego.I że rozumie,że zależy mu na Franku.W końcu Liz nie zawsze będzie go rozumiała we wszystkich sprawach.A przyjaźń jest ważna w życiu każdego człowieka.
Minęły kolejne dwa miesiące.Gerard jeszcze obolały wrócił ze szpitala.Lisandy wraz z malutką Bandit wróciły do domu.Cieszył się,że ponownie ma obok siebie dwie najważniejsze kobiety swojego życia.Może ta druga to jeszcze nie w zupełności kobieta.W dalszych planach Gerarda leży pozbieranie My Chemical Romance.Leżąc w szpitalu przemyślał dużo spraw.I teraz wie,ze nie może żyć bez muzyki.To ona daje mu siłę do życia…



3 komentarze: